piątek, 27 kwietnia 2012
Disney on Ice
Chcąc zakosztować choć odrobiny klimatu Disneylandu wybraliśmy się ze Stasiem na rewie na lodzie Disney on Ice, goszczącą w Denver. Pierwszy raz widziałam na żywo jazdę figurową na lodzie i to jeszcze a tak spektakularnym wydaniu! Bo nie można zaprzeczyć iż widowisko było wpaniałe. Choć oczywiście można by się przyczepić do kilku szczegółów, mianowicie: nie tańczą w takich rewiach łyżwiaże z najwyższej półki, nie uraczono nas bowiem żadnymi akrobacjami na olimpijskim poziomie... wręcz przeciwnie ;) Stroje i dekoracje są bardzo tandetne i plastikowe, ale co tam warto było sobie przypomnieć kreskówki z dzieciństwa. Stasiowi też się oczywiście podobało, ale bardziej był zaiteresowany wszelkimi gadżetami, które można tam było nabyć. Trzeba przyznać, że w wyciąganiu pieniędzy od rodziców to prawdziwe mistrzostwo Świata zobaczyłam! Wszytko nawet wiaderka na popcorn były z postaciami z Disneya ;) No coż dzieci to przecież najlepszy biznes :D
wtorek, 17 kwietnia 2012
Roczek Antosia
Już zaczeliśmy się bać, że z naszej imprezy nic nie będzie, bo goście poprostu nie dojada. Na szczęście nasze obawy okazały się nieuzasadnione, bo choć impreza trwała cały dzień to udała się znakomicie. Antoś zdmuchnoł swoja pierwszą świeczkę, kilka dni później stanął sam na nogach i ruszyl do przodu!
Breckenridge i Vail po raz drugi
Breckenridge to stare górnicze miasteczko, pięknie i malowniczo położone wśród górskich szczytów. Centrum to Main Street - czyli główna ulica, przy której jak na kurort narciarski przystało znajdują się sklepiki i restauracje. Zabudowa jest typowo amerykańska, jak na dziki zachód przystało i nie ma tu zupełnie imitacji europeskiego budownictwa, co na nas europejczykach zrobiło bardzo dobre wrażenie. Mieszkaliśmy w ładnym i przestronnym apartamencie w pobliżu głównej ulicy, choć spory kawałek od stoków. Podobnie jak wszystko w Ameryce domki i apartamety w górach też są dużo większe niż ich europejskie odpowiedniki ;)
W Breckenridge na główny stok trzeba wjechać darmową gądolą, co z wózkiem, nartami i dwójka maluchów jest sporym wyzwaniem :) Same stoki są fajnie i można tu poszaleć na nartach. Każdy znajdzie coś dla siebie, bo są różne stopnie trudności tras, fun park dla snowbordzistow i dywany dla dzieciakow. Żeby wjechać na sam szczyt czyli Peak 8 trzeba z wygodnego krzesełka przesiąść się na podwójny orczyk, dużo mniej komfortowe rozwiązanie (ja szczerze mówiąc nawet nie jestem w stanie sobie przypomnieć kiedy ostatni raz miałam przyjemność orczykiem na górę wjeżdzać ;). Jednak zdecydowanie warto było się poświęcić, bo widok jest nie do opisania! Zasadnicza różnica między tutejszymi górami i Alpami jest taka, że tu jest wrażenie ogromnej przestrzeni. Alpy są skupione, wszędzie są szczyty górskie, a tu wręcz przeciwnie, widać oczywiście szczyty, ale daleko.
Zmieniłam zdanie o Vail to jednak najlepsza góra na jakiej do tej pory jeździłam! A miłam przyjemność jeździć na wiecej niż kilku fajnych gorach, ale Vail wymiata poprostu. Taka główna różnica narciarska między Stanami, a Europą jest taka, że tu bardzo modna jest jazda poza trasa, albo po nie przygotowanych stokach. W Vail powiedzmy "przednia" (fron side) część jest wyratrakowana i przygotowana jak w europie, zaś tzw. back bowls i blue sky bassin to teren dziki i same czarne trasy. Ja już bardzo dawno nie miałam przyjemności jazdy w kopnym śniegu i muszę przyznać, że brakuje mi troche kondycji... coż do następnego sezonu trzeba będzie się lepiej przygotować ;)
Niestety nasze zimowe wakacje szybko się skończyły, a rodzice i Asia musieli wracać do Polski.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

