środa, 28 grudnia 2011

Pierwsze narty - Vail


Po zdecydowanie za długiej przerwie, wreszcie znowu dane mi było wskoczyć na narty i pozjeżdzać troszkę. Byliśmy w Vail, takim tutejszym Zakopanym (czy może bardziej trafne byłoby porównianie z Davos...). Miasteczko jest zbudowane na wzór szawjcarski, co mnie nie zachwiciło, bo po co takie podróby skoro tutejsza architektura jest sama w sobie wyjątkowa. Dlaczego amerykanie mają jakiś kompleks europejski i uważają, że wszytko co z Europy jest lepsze? Za to cenami mocno Europę przebijają, nawet w Sankt Moritz ceny karnetów są sporo niższe... nie mówiąc o restauracjach, sklepach oraz noclegach.

Wracając do Vail to miasteczko ładne, świetecznie oświetlone, ale jakoś bez klimatu... Stoki też mnie rozczarowały, fakt że warunki śniegowe są kiepskie, bo śnieg nie dopisał w górach jak na razie. Wiele tras było zamkniętych, a te otwarte też nie rewelacyjne. Staś stawiał swoje pierwsze kroki w prawdziwych nartach. Był wprawdzie bardzo rozczarowany tym, że nie dostał kijków, ale udało mi się go namówić żeby ze mna zjechał. Oby zapałał taką miłością do nart jak jego mama :)




środa, 23 listopada 2011

Taos - pueblo indiańskie

W Nowym Meksyku jest 19 Puebl czyli wiosek indiańskich, w których indianie żyją w tradycyjny sposób. Nam udało się zobaczyć dwa takie Puebla: Tesuque i Taos. Niestety w wiekszości z nich nie można robić zdjęć, choc w Taos za opłatą można. W Tesuque udało nam się zobaczyć indiańskie uroczystości, choć nie wiemy niestety jaka była okazja. Na głównym placu wioski, na oko około 100 kobiet i mężczyzn przebranych w tradycyjne indiańskie stroje tańczyło taniec, a towarzyszył im chór i bębniarze. Taniec i stroje zrobiły na nas ogromne wrażenie, bo w przeciwieństwie do indian w Wyoming ci tu wyglądali bardzo autentycznie. Tancerze po tańcach i przejściu przez wioskę udali się na podejrzewamy, że zebranie do niskiego glinianego budynku. Co nas bardzo zaskoczyło w obu Pueblach to obecności kościoła katolickiego tuż przy głównym placu. Indianom, kultywowanie swoich indiańskich tradycji nie przeszkadza w wyznawaniu jednego katolickiego Boga...

Taos to największe i najstarsze Pueblo w Stanach, jest nieprzerwanie zamieszkałe od tysiąca lat (tak przynajmniej piszą w przewodnikach). Trzeba przyznać, że robi ogromne wrażenie, gdyby nie współczene samochody zaparkowane obok kilku domów, można by pomyśleć, że cywilizaja tu jeszcze nie dotarła... Domy są zbudowane z mieszaniny gliny, słomy i prawdopodobnie kupy zwierzęcej ;) Ponieważ o tej porze roku jest zimno, mieszkańcy palą w piecach drewnem, które ma dość specyficzny zapach, a przed domami mają zbudowane piece chlebowe. Tutejsi tubylcy parają się rzemiosłęm artystycznym, wiec w kilku domostwach są sklepiki (można oczywiście placić kartą kredytową...).
Choć wrażenia niezapomniane to cieszę się bardzo, że nam przyszło żyć w cywilizowanym świecie ;)
Na koniec naszej wyprawy do Nowego Meksyku postanowiliśmy zobaczyć przełom Rio Grande, która tworzy malowniczy kanion. Nad rzeką zawieszony jest most, a z niego widok taki, że dech zapiera!

Santa Fe - Nowy Meksyk


Santa Fe choć jest stolicą stanu Nowy Meksyk, nie jest dużym miastem. Do tego ponieważ nie ma tu wysokiej zabudowy, sprawia wrażenie wioski. My do Santa Fe przyjechaliśmy wieczorem, z daleka nawet trudno było rozpoznać, że zbliżamy się do miasta. Jadac z Denver autostrada 25 na południe już w Nowym Meksyku, można się poczuć jak na planie filmy Zorro (choć był on kręcony w Kolumbii). Teren jest pagórkowaty (te pagórki wygladają jak wiekie piaskowe wydmy), porośniety niewielkimi iglastymi krzewami, ziemia ma kolor pomarańczowy, a na horyzoncie widać ośnieżone górskie szczyty. Domy to właściwie głównie gliniane lepianki, które tak sprytnie wtapiają się w krajobraz, że czasem trudno je zauważyć. Samo miasto też jest zabudowane takimi niskimi glinianymi domami. Jest tu tylko jedna zdecydowanie inna budowla, mianowicie kościół katolicki - Bazylika Św. Franciszka z Asyżu. Kościół ten  choć przecież katolicki, jest inny niż europejskie kościoły, mianowicie wnętrze jest bardzo kolorowe, a w centrum znajduje się zródełko z sadzawką.  Centralnym punktem miasta jest duży plac, jak nasz rynek. W około zbudowano gliniane kamieniczki z pasażami. W kamieniczkach są galerie obrazów i biżuterii, ale też sklepiki ze sztuką ludową i wszelkiej maści indiańsko - kowbojskimi rekwizytami. W jednym z pasaży można zakupić sztukę indiańską (wyłożona na kacach na ziemi) bezpośrednio od twórców - biżuterię, ceramikę, obrazki, itp. Głównym motywem tutejszej sztuki są papryczki chili i kościotrupy. Czasem przerażające, czasem zabawne scenki z udziłem szkieletów, figurki, obrazki, wszędzie czaszki, w tutejszej kulturze te motywy są wybrazem braku obawy przed śmiercią. Coż na każdym kroku można tu zobaczyć różnice kulturowe...

Wybraliśmy się oczywiście do lokalnej restauracji żeby skosztować miejscowego jedzenia. Ja nie jestem wielką fanką meksykańskiej kuchni... może jest i smaczna, ale za to bardzo ostra. Staś lubi maksykańska quesadilla, więc był zadowolony :)

Do tej pory udało nam się odwiedzić trzy stany i każdy jest zupełnie inny, jak oddzielne państwo. Pewnie wszystkich 51 stanów nie uda nam się zobaczyć, ale mamy dobry początek ;)

piątek, 4 listopada 2011

Halloween

W tym roku Staś i Antoś pierwszy raz brali udział w Halloween. Świętowanie zaczęliśmy od podziwiania dekoracji halloweenowych na naszym osiedlu. Wszyscy byliśmy pod dużym wrażeniem pomysłowości w straszeniu ;) Niektóre domy zamieniono w cmentarze, wszędzie pełno pajęczyn i pająków, kościotrupy wisza na drzewach, z trawników wystają kości i czachy. Skromniejsi wystawili przed domem wyciete dynie, za to ci z fantazją zamienili je w prawdziwe straszne dwory ;)

My ograniczyliśmy się do zakupu przebrań dla chłopców. Staś już od dawna wiedział za kogo się przebierze, za to Antoś musiał się zadowolić kostiumem potwora (tylko taki był dostępny w jego rozmiarze). Wizyta w sklepie halloweenowym zrobiłą na Stasiu wieksze wrażenie niż samo świeto, bo nie mogł potem zasnąć wieczorem... Tutaj na czas Halloween otwiera się specjalne sklepu z dekoracjami, przebraniami i wszytkim co straszy. Potworne miejsca ;) Stasiowi zapupiliśmy kostium pirata i oczywiście miecz!

Staś pierwszy raz wsytąpił w swoim kostiumie w przedszkolu, gdzie była halloweenowa zabawa wraz z paradą w kostiumach. Byliśmy też straszyć w zoo, gdzie wśród tłumu dzieciaków przebranych za wszytko co tylko można sobie wyobrazić zbieraliśmy słodycze. Na koniec już w samo święto po zmroku wybraliśmy sie na Trick and Treat po naszym osiedlu. Staś umówił się z naszą sasiadką, najpierw na wycinanie dyń, a potem na wspólne zbieranie cukierków. Problem z dzieciakami był jedne, mianowicie po zmroku były już bardzo zmęczone, Antoś usnął, a Stasia musiałam nosić ;)


Ale efekt oczekiwany jest, cukierków młody pirat ma tyle, że do następnego Halloween wystraczy!

czwartek, 15 września 2011

Kopalnia złota - Phoenix Gold Mine

Phoenix Gold Mine


Złoto... potrafiło i nadal potrafi zawrócić ludziom w głowach. Do tej pory trudno mi było uwierzyć, że można godzinami stać w lodowatym strumyku i wypatrywać na talerzu małych grudek tego szlachetnego kruszcu. Ale zmieniłam zdanie jak sama tego spróbowałam... To bardzo wciągające zajęcie i choć znalezienie grudki złota wymaga ogromnego szczęścia to zdecydowanie warto spróbować :)
W ostatnią niedzielę wybraliśmy się na małą wycieczkę do Idaho Springs, starego miasteczka górniczego, pamiętającego czasy gorączki złota z końca XIX w. W informacji turystycznej pani poleciła nam zwiedzić pobliską kopalnię złota i tak też zrobiliśmy :) 
Beczka szczęścia, pomyśl życzenie i wrzuć pieniążek,
a życzenie napewno się spełni ;)

Phoenix gold mine została założona na odkrytej w 1871 roku żyle złota nazwanej Phoenix i działa do dziś. Każdy z kilku właścicieli kopalni umarł jako bogaty człowiek, a pieniądze swoje zawdzięczał właśnie tej żyle. Obecny właściciel Alvin, którego mieliśmy okazję poznać kupił kopalnię w 1972 roku za 5 tys. dolarów. Wtedy też jego syn odkrył nową żyłę nazwaną Resurrection (zmartwychwstanie) i choć nie jest ona eksploatowana (właściciel chce żeby zwiedzający mogli zobaczyć jak wygląda ruda w jeszcze w ziemi), jest w niej tyle złota, że jak policzono zakup zwróciłby się w 20 min. Pan Alvin jest bardzo sympatycznym starszym panem o ciekawej historii. Jego dziadek pochodzi w Breslaw czyli jeszcze niemieckiego Wrocławia, a on sam w młodości był żołnierzem w amerykańskiej Navy i latał jako szpieg nad terytorium rosyjskim. Co ciekawe byliśmy pierwszymi polakami, którzy odwiedzili jego kopalnię, wpisaliśmy się do księgi pamiątkowej, która kiedyś ma zostać opublikowana na stronie kopalni.
Szukamy złota w strumyku

Nasz przewodnik opowiedział nam kilka ciekawych historii o ludziach związanych z kopalnią i o duchach w niej mieszkających. W kopalni jest pochowany przyjaciel Alvina, który zmarł na raka płuc, a jego ostatnim życzeniem było spocząć właśnie w Phoenix. Teraz dwie osoby z każdej grupy odwiedzających muszą obiecać jego duchowi, że nigdy nie będą palić papierosów. Poszukiwacze złota wierzą, że w kopalniach mieszkają duchy, które mogą pomagać górnikom lub im dokuczać dlatego przynoszą dla nich jedzenie. Tak naprawdę jedzenie zostawiają by zwabić zwierzęta, które są pożyteczne, bo ich zmyły są bardzo czułe i reagują na zagrożenia takie za wysokie stężenie gazu czy pożar. W pobliskiej kopalni złota szczur ocalił 200 osobową załogę, gdy w jednym z tuneli wybuchł pożar zaczął w popłochu uciekać, z ludzie za nim choć nie wiedzieli jeszcze jakie jest zagrożenie. 
Ruda złota czyli tak zwana żyła występuje w tej kopalni w towarzystwie rudy srebra i miedzi. Proces wydobycia i uzyskania czystego złota z rudy jest dość prosty, choć kosztowny, dlatego obecnie nie wydobywa się w Kolorado złota na masową skalę. Właściciel kopalni powiedział nam jednak, że wydobycie zostanie prawdopodobnie wznowione ze względu na ciągle rosnące ceny szlachetnych kruszców. 
Żyła złota
My mieliśmy okazję spróbować panningu czyli wypłukiwania złota. Fajne i wciągające zajęcie, problemy są jednak dwa, zimna woda i bardzo trudno to złoto znaleźć. Co gorsza wszędzie wszytko się świeci, bo w tej okolicy 90% skał to mika, która błyszczy się w słońcu nie mniej niż złoto. Różnica jest tylko jedna, mika ma płaskie łuski, a złoto to kryształki. Ja znalazłam maleńki kawałek rudy złota! Specjaliści potwierdzili autentyczność :) 
W kopalni i okolicach mieszkają tzw. cheap monkeys,
są bardzo przyjazne i wcale nie boją się ludzi

środa, 24 sierpnia 2011

Aspen i Snowmass


Mieliśmy niestety tylko kilka dni Konradowego urlopu do wykorzystania, więc postanowiliśmy nie jechać bardzo daleko. Wybraliśmy się do najbardziej chyba znanego kurortu narciarkiego na świecie. Góry są tu fantastyczne i napewno warte zobaczenia. Już sama droga z Denver do Aspen robi ogromne wrażenie. Krajobraz jest bardzo zróznicowany i właściwie co kilkanaście mil zmienia się całkowicie. Od zielonych pagórków, przez jakby ogromne wydmy, górskie granie, po przepiękny Glenwood Canion i to wszytko bez wychodzenia z samochodu ;)

Na ośrodek narciarki Aspen składa się kilka miejscowości i kilometry stoków narciarskich. W zimie jest tu pewnie prawdziwy raj dla narciaży, słyszeliśmy zreszta z dobrego źródła, ze w Aspen są najlepsze stoki na świecie ;) Ile w tym prawdy to mam nadzieje przekonamy się w zimie ;) W lecie też bezspornie jest tu co robić. My wyjechaliśmy kolejkami na dwa szczyty Aspen Mountain i Elk Camp w Snowmass (zjedliśmy na szczycie bardzo dobrego burgera z elka - duży jeleń), z dwójka maluchów jeszcze tylko na chodzenie po mieście mogliśmy sobie pozwolić. Widoki są takie, że zapiera dech w piersiach... , a na około góry i ogromna przestrzeń. Samo Aspen przypomina mi trochę Boulder, bo ma dość charakterystyczną dla tych terenów zabudowę i architekturę. Stasiowi trafiła się gratka, bo mógł posiedzieć w prawdziwym wozie strażackim. Zaraziliśmy się też grą w ringo, wszędzie można tu było spotkać takich graczy i zakupiliśmy sobie własny sprzęt :D
Widok z naszego balkonu
Niestety wszystko co dobre szybko się kończy, oby udało nam się tu wrócić w zimie i poszaleć na nartach!

sobota, 20 sierpnia 2011

Rodeo

Wreszcie się zebrałam, żeby nadrobić zaległości. A jest co nadrabiać ;) Bo zaległości mam spore. Dużo się przez ostatni miesiąc wydarzyło, zaczne od Rodeo. Pierwszy dzień urlopu Konrada postanowiliśmy spędzić jak przystało na dziki zachód ;))
Jeszcze na byku
I już prawie na ziemi...
Wybraliśmy się do Cheyenne w Wyoming na imprezę o nazwie Cheyenne Frontiere Days. Rodeo odbywa się na stadionie, trwa długo bo 3,5 godziny. Nam udało się, a właściwie dzieciom udało się wytrzymac godzine. Zobaczyliśmy wszytkie możliwe Miss na koniach, paradę oficjeli i przemowy, a w części konkursowej: ujeżdżanie byka, konia i łapanie byka w biegu. Ujeżdżanie byka i konia polega właściwie na tym samym oczywiście ujeżdżane zwierzę jest inne. W bloku startowym na byku lub koniu siedzi jeździec, na znak blok się otwiera i zwierzę wybiega na arenę. Jeździec ma za zadanie utrzymać się na grzbiecie zwierzęcia przez 8 sekund. Jest to wbrew pozorom trudne zadanie i udaję się tylko nielicznym. Dodatkowa trudność polega na tym, że jeździec oczywiście sam nie może spaść, ale nie może też przed czasem zgubić kapelusza ;) Jak jeździec spadnie to byk ucieka, a kowboje na koniach łapią uciekającego byka na lasso. Niektóre byki uciekały, ale były też takie co same spowrotem wracały do klatki ;) Łapanie byka w biegu wygląda tak, że byk jest puszczany, za nim na koniach jedzie dwóch kowbojów. Jeden z nich przeskakuje na biegnącego byka, musi go zatrzymać i położyć na łopatki tak żeby miał w powietrzu wszytkie cztery nogi. Wygrywa ten kto powali byka najszybciej.
Łapanie byka za rogi
I rozĸładanie na łopatki


Oprócz samego rodeo było też wiele innych atrakcji, od zakupów wszelkich kowbojskich akcesoriów (kapeluszy, pasów, butów etc.) przez pokaz indiańskich tańców w wiosce indiańskiej po prezentację ogromnych pick-upów (są tak wypodażone jak nienajgorsza limuzyna, tylko że trzeba do nich wchodzić po drabinie ;)).

Miss Wyoming nie grzeszyła urodą
Indianin w stroju bojowym
Kowboje zrobili na nas duże wrażnie i podoba nam się ta filozofia. To są ludzie pracy, ubierają się tak żeby było im wygodnie, żeby się chronić przed słońcem i ukońszeniami węży, jeżdżą dużymi samochodami, bo mają w nich co wozić itd. Zero sciemy, wszystko naturalne i prawdziwe. Ale indianie troche nas rozczarowali... wydawali się znudzeni i mało zaangażowani w swoje występy. Tańce wszytkie dla mnie wyglądały tak samo, choć może rytm był troche inny.



wtorek, 19 lipca 2011

Denver z telefonu

Denver Art Museum
Denver Art Museum

Kapitol

The Denver Center for the Performing Arts

Chalk Art Festival

Chalk Art Festival

Pianina na 16 ulicy
Pianina na 16 ulicy

Convention Centers

wtorek, 12 lipca 2011

Renessance Festival

W ramach weekendowych rozrywek wybraliśmy się w sobotę na taka imprezę plenerową - Renessance Festival. Zainteresowała nas ta impreza, bo co Stany mają wspólnego z renesansem? Skąd w ogóle taki pomysł, żeby w kraju formalnie powstałym dopiero pod koniec XVIII w. organizować turnieje rycerskie? Festiwal odbywał się w zbudowanej specjalnie na tę okazję wiosce, położonej między Denver i Colorado Springs. Nie tylko my postanowiliśmy się tam wybrać, w korku utknęliśmy zaraz po zjeździe z autostrady, a ciągnął się aż do parkingu czyli jakieś 5 kilometrół. Na parkingu niektórzy przebierali się w stroje z epoki, my niestety nie przygotowaliśmy się odpowiednio i strojów nie mieliśmy... Dla dzieci w wieku Stasia takie miejsce to prawdziwy raj. Piraci, rycerze, miecze i czachy na każdym kroku ;)) Można pojeździć na słoniu, wielbłądzie czy lamie, wziąć udział w zawodach w rzucaniu pomidorem do człowieka lub rzucie siekierą do celu. Obejrzeć połykacza ognia, występy magika i kobiety gumy oraz skorzystać z usług wróżki. Zjeść stek na patyku czy indycze udo. Zakupu miecza i walk nie udało nam się uniknąć, choć Staś zdecydowanie woli być piratem niż rycerzem ;)
Cóż problem jest jeden, jak wszytko w tym kraju i ta impreza ocieka komercją. Za wszytko trzeba zapłacić i to nie mało, ok płaci się wstęp, rozumiem zakup pamiątki, ale żeby płacić 2 dolary za okładanie się workami z sianem?! 



środa, 6 lipca 2011

Park Narodowy Gór Skalistych

W sobotę wreszcie wybraliśmy się na wycieczkę w Góry Skaliste do Parku Narodowego. Dojechaliśmy do miejscowości Estes Park, gdzie zaczyna się Park. Droga wiła się pod górę między skałami, ciągle mijaliśmy motocyklistów i harlejowców, a nawet rowerzystów. Skały mają tu barwę czerwoną lub pomarańczową, jest raczej mało roślinności ze względu na suchy klimat. Często przejeżdżaliśmy między skałami i obok urwisk, jest tu bardzo malowniczo. Góry skaliste są ogromne i szczerze mówiąc robią większe wrażenie niż szwajcarskie Alpy. Co ciekawe tutejsze parki narodowe są (jak wszytko tu) dla ludzi, więc można w nich polować, łowić ryby czy zbierać grzyby. Trzeba tylko wykupić stosowne pozwolenie, które kosztuje kilkadziesiąt dolarów na rok. Zaopatrzyć się w sprzęt, a broń można kupić w Walmarcie (czyli zwykłym supermarkecie)!!! My mieliśmy okazję skosztować takiego upolowanego zwierza, na grillu z okazji Święta Niepodległości, jedliśmy burgery z Elka (duży jeleń).
Park Narodowy Gór Skalistych przecinają trzy drogi w tym Highway 34 czyli najwyżej położona nieprzerwana droga w Stanach. Ze względu na duże wysokości i rzadsze powietrze nie można odczuwać tu różnych dolegliwości jak zawroty głowy czy duszności.

My wcześniej zdecydowaliśmy, że pojedziemy nad jezioro Lily Lake, to niewielkie jeziorko  z pieszą trasą długości 1 mili, dostępną dla wózkowców. Trasa była akurat dla nas jak na pierwszy raz i rodzinę z dwójka małych dzieci. Widoki wspaniałe, ośnieżone szczyty i piękna przyroda. Oj wrócimy tu nie raz ;))