Po zdecydowanie za długiej przerwie, wreszcie znowu dane mi było wskoczyć na narty i pozjeżdzać troszkę. Byliśmy w Vail, takim tutejszym Zakopanym (czy może bardziej trafne byłoby porównianie z Davos...). Miasteczko jest zbudowane na wzór szawjcarski, co mnie nie zachwiciło, bo po co takie podróby skoro tutejsza architektura jest sama w sobie wyjątkowa. Dlaczego amerykanie mają jakiś kompleks europejski i uważają, że wszytko co z Europy jest lepsze? Za to cenami mocno Europę przebijają, nawet w Sankt Moritz ceny karnetów są sporo niższe... nie mówiąc o restauracjach, sklepach oraz noclegach.
Wracając do Vail to miasteczko ładne, świetecznie oświetlone, ale jakoś bez klimatu... Stoki też mnie rozczarowały, fakt że warunki śniegowe są kiepskie, bo śnieg nie dopisał w górach jak na razie. Wiele tras było zamkniętych, a te otwarte też nie rewelacyjne. Staś stawiał swoje pierwsze kroki w prawdziwych nartach. Był wprawdzie bardzo rozczarowany tym, że nie dostał kijków, ale udało mi się go namówić żeby ze mna zjechał. Oby zapałał taką miłością do nart jak jego mama :)





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz